Nie wiem, czy wiesz, ale predyspozycje genetyczne to zaledwie 2 -10 proc. jeśli chodzi o Twoje zdrowie. Powtarzam to z uporem maniaka, bo ciągle słyszę wokół, jak ludzie powołują się na ten wygodny argument, który chyba w ich mniemaniu zwalnia z dbałości o siebie, bo przecież geny. Otóż przepraszam Cię bardzo, ale o tym jak się czujesz, mało tego – jak wyglądasz, decyduje twój styl życia. Wkurza cię to? Nie czytaj. Ciśnie Ci się argument o wujku Zenku, który pił, bił i palił i dożył setki? To cudownie, może jesteś jak wujek Zenek. Większość z nas nie jest.

 

Dobrze jest w życiu zaufać określonej metodzie i podążać nią, a nie ciągle szukać i zmieniać. Ja kilkadziesiąt lat temu wybrałam tradycyjną medycynę chińska. Podążam tą ścieżką, stale się uczę i ciągle mierzę się ze swoimi słabościami przy próbach dopasowania diety czy rytmu dobowego dla najlepszego samopoczucia. Tak wyszło, że kiedyś natrafiłam na osobę – mentora, który wzbudził moje zaufanie. Chodzę do niego na wizytę raz w roku po to, żeby zapobiegać ewentualnym chorobom, dowiedzieć się, które nawyki mojego życia źle wpływają na moje organy, co zrobić, żeby pozostawać w dobrostanie. Wizyta trwa godzinę i dotyczy całości: mojego ciała. umysłu, moich emocji. Nie ma w tradycyjnej medycynie chińskiej dziesiątek specjalizacji, bo to wiedza o człowieku, a człowiek to nie jest wyodrębniony układ – pokarmowy, nerwowy, oddechowy itd. One wszystkie działają razem i jeden wpływa na drugi. Nie może być inaczej. To naczynia połączone – kłopot w jednym obszarze tworzy kompensację gdzie indziej. Dla przykładu: nie ma mowy o dermatologii, bo skóra jest odzwierciedleniem tego, co w nas funkcjonuje dobrze, a co jest do poprawy, taki papierek lakmusowy.

Mój mentor w tej kwestii nie jest lubiany, bo nie owija w bawełnę. Nie podejmie się leczenia, gdy pacjent nie porzuci wyniszczających nawyków, bo leczenie wtedy byłoby bezcelowe. Zawsze mamy wybór i ostatecznie to my go dokonujemy.  Bywa skomplikowany, bolesny, uświadamiany, nieuświadamiany. Z reguły mamy pewną iluzję na temat naszego postępowania, myślimy o sobie lepiej, bo chcemy wierzyć, że dbamy o siebie wystarczająco, wpasowujemy się w te normy, które reprezentuje nasza rodzina, znajomi.

 

Jednak tak jak dzieciom próbujemy wpoić, że jeśli narozrabiają, poniosą konsekwencje – to samo przypominajmy sobie – dorosłym – kiepsko jedzących w pośpiechu i byle jak, tym, którzy wolą nie wiedzieć, tym, którzy MUSZĄ tak żyć, tym, którzy odkładają na za miesiąc zmianę, tym, którzy nie mogą, bo przecież LUBIĄ żyć tak jak żyją, i umrzeć przecież trzeba na coś, poza tym życie byłoby smutne bez tych zakazanych przyjemności.

 

Tu z pomocą przychodzi joga, medytacja i uważność – to dzięki nim odkrywamy, jak bardzo te wszystkie MUSZĘ, NIE WIEM, NIE MOGĘ są rodzajem ucieczki i stoją za nimi głębsze sprawy, często do przepracowania w gabinecie psychologa. To nie moje kompetencje, tylko rozumiem zależności. Wiem też, ile czasu może zająć odnalezienie prawdziwej przyczyny tego, że wolimy pozostawać w iluzji.

 

W takich sytuacjach i przy tych argumentach warto uświadomić sobie, czy pozwoliłabyś/pozwoliłbyś tak się eksploatować komuś ukochanemu, dziecku, partnerowi, rodzicowi?

Nie będę tu wypisywać, jak często w myślach trzaskałam drzwiami, gdy słyszałam od doktora, że mam iść spać, czy jeść o określonej godzinie, jeśli chcę się dobrze czuć – MYŚLAŁAM WTEDY WŚCIEKŁA – PRZECIEŻ JA NIE MOGĘ BO: praca, dziecko, obowiązki, albo że stracę życie towarzyskie, wszystkie przyjemności… zresztą dopisz, co Tobie wtedy przychodzi do głowy. Teraz gdy zbliżam się do pięćdziesiątki, ciągle pełna energii, siły, sprawna jak dwudziestolatka, z pokorą przyznaję, że nawet drobne zmiany, które potrafiłam wcielić w życie, przyniosły rezultaty. W takich momentach często słyszę argument: ale ja żyję, jak chcę i też jestem zdrowa/zdrowy . Ty wiesz najlepiej, czy jesteś, czy nie.

Styczeń jest dla mnie od wielu lat miesiącem, gdy wyjątkowo korzystam z medycyny zachodu doceniając jej możliwości diagnostyczne. Coroczne USG piersi, cytologia, dokładne badania krwi, tarczycy przy Hashimoto i RZS, wegetariańskiej diecie, badanie przepływów krwi po wypadku i uszkodzeniu kręgosłupa, gęstość kości. Z radością wydaję pieniądze, żeby dowiedzieć się, że dbanie o siebie ma sens. Wyniki wzbudzają szacunek u wszystkich lekarzy medycyny zachodniej, którzy delikatnie, mimochodem podpytują o dietę i styl życia. Zostawiam ten tekst nie po to, żeby się przechwalać, tylko dlatego, że uczę tego, czego sama doświadczam. Mimo paskudnych obciążeń genetycznych, chorób autoimmunologicznych, wypadku z niedowładem jestem tu gdzie jestem – daję świadectwo i sprawdzam na swoim życiu, jak działa dbanie o siebie i wiara, że to ja mam wpływ na swoje zdrowie.

Z całego serca Namaste i czekam na jodze.